piątek, 5 września 2014

Rozdział 9...

***Oczami Jazzy***

Przez parę chwil wpatrywałam się w niewielką, nagą laleczkę, jakimi bawią się kilkuletnie dziewczynki. Wiecie, zmieniają im sukienki, czeszą włosy, te sprawy. Ta jednak, zapakowana w karton, nie miała jednej nogi. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Nie wiedziałam, czy powinnam się śmiać, czy może płakać. Nic z tego nie rozumiałam.
Spojrzałam więc na tatę, którego wyraz twarzy wyglądał tak, jakby właśnie kazali mu zjeść surową rybę, nie żartuję. Nie potrafiłam aż powstrzymać chichotu, kiedy z biegiem czasu nie zmienił swojej miny.
-Rozumiesz coś z tego? - spytałam w końcu, przybierając poważny wyraz twarzy. No, to znaczy próbowałam go przybrać, ale obraz taty mi to niesamowicie utrudniał.
-Za cholerę nic. - odparł, biorąc ode mnie laleczkę i obracając ją kilka razy w dłoniach. - Ale cycki ma fajne. - dodał, a ja wybuchnęłam tak przeraźliwie głośnym śmiechem, że z pewnością obudziłam połowę ludzi, mieszkających na naszej ulicy. Z moich oczu wypłynął strumień łez, a ja w dalszym ciągu nie potrafiłam się uspokoić, dlatego musiałam usiąść na podłodze w przedpokoju i choć spróbować unormować oddech. - Ale nie bądź zazdrosna, skarbie. - Justin ukucnął obok mnie i przytulił do siebie. - Ty masz fajniejsze. - i znowu. Znowu doprowadził mnie do stanu, w którym nie potrafiłam kontrolować śmiechu, nie potrafiłam kontrolować samej siebie, ponieważ tak zabawnie brzmiały jego słowa.
Kiedy zdołałam chociaż w pewnym stopniu uspokoić się, sięgnęłam po otwarty karton, aby zobaczyć, czy w środku nie znajduje się przypadkiem podpowiedź do rozwikłania tej zagadki. I rzeczywiście, na dnie pudełka leżała biała kartka, złożona na pół. Wzięłam ją w swoje ręce, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać. Byłam tak samo ciekawa, jak i przerażona. Chociaż przed paroma chwilami śmiałam się w niebogłosy, teraz ogarnął mnie niepokój, sama nie wiem, przed czym.
"Zdechniesz, szmato."
Tylko te dwa wyrazy zostały zamieszczone na arkuszu papieru. Dwa słowa, a spowodowały dziwne i bardzo nieprzyjemne ukłucie w moim brzuchu. To oczywiste, że słowa te skierowane były do mnie, a nie do Justina. Nadawca tej paczki wyraźnie napisał o dziewczynie. O mnie.
Szatyn wyrwał mi kartkę z dłoni i przeczytał to zdanie kilka razy na głos, aż w końcu, zdenerwowany, zgniótł papier i cisnął nim w kąt pomieszczenia.
-Kurwa. - warknął pod nosem, wstając z podłogi i wplątując palce we włosy. Pociągnął za ich końcówki kilka razy, z wyraźną frustracją, a później kopnął w szafkę, stojącą pod ścianą.
-Tato, uspokój się. To na pewno jakieś głupie żarty. To...
-Nie, Jazzy, nie uspokoję się, dopóki nie dowiem się, kto ci grozi. To są wyraźne groźby, a nie idiotyczne żarty. Nie przejąłbym się tym ani odrobinę, gdyby paczka ta skierowana była do mnie. Jakiś kretyn jednak wysłał to tobie, a ja nie pozwolę, aby stała ci się jakakolwiek krzywda. - w ciągu kilku sekund zmienił się nie do poznania. Z roześmianego, rozbawionego i nieodpowiedzialnego gówniarza, zmienił się w prawdziwego, poważnego i odpowiedzialnego ojca, dla którego najważniejsze jest bezpieczeństwo jego dziecka.
Chociaż na zewnątrz chciałam zignorować te groźby, w głębi ducha zaczęłam się bać. Prawdziwie bać. W końcu, nie na codzień ktoś grozi nam śmiercią, prawda? Miałam prawo do strachu.
-Jazzy, czy ktoś cię ostatnio śledził? Widziałaś, żeby ktoś cię obserwował, może zaczepiał na ulicy? Czy kręcił się koło ciebie ktokolwiek, kto wydał ci się chociaż odrobinę podejrzany? - chociaż słuchałam słów taty, nie zrozumiałam ich całkowicie. Czułam, że zaczynam panikować i choćbym nie wiem, jak się starała, nie mogłam nic na to poradzić.
-Nie, chyba nie, tak mi się wydaje. - odpwiedziałam szybko. Nie wiem nawet, czy tata zdołał mnie zrozumieć. Mój głos nie był tak wyraźny, jak zawsze, a wszystko przez narastające we mnie uczucie niepewności i stresu.
-Jazzy... - znów wypowiedział moje imię, a ja, jakby w ogóle go nie słysząc, wpatrywałam się w lalkę. - Jazzy, słonko, nie bój się. Wiesz, że nie dam cię skrzywdzić. - kiedy nie reagowałam na jego słowa, przytulił mnie mocno do siebie. Wtedy jakbym się ocknęła. Odwzajemniłam jego silny uścisk, dziękując w duchu, że mam przy sobie kogoś takiego, jak Justin. Wierzyłam w jego słowa. Wierzyłam mu i ufałam w stu procentach
-Ja się boję. - wydukałam w jego klatkę piersiową. Nie wiem nawet, kiedy, po moim policzku spłynęła jedna łza. Niby nic wielkiego się nie wydarzyło, lecz przyzwyczajona byłam do wiecznego poczucia bezpieczeństwa, a teraz, tak nagle, to wszystko zostało zburzone.
-Spokojnie, aniołku. Obiecuję, że nic ci się nie stanie. A teraz chodź na górę i połóż się w mojej sypialni. Zaraz do ciebie przyjdę. - i odprowadził mnie do schodów, a następnie zniknął w ciemnościach salonu.
Cała roztrzęsiona weszłam na górę, tak, jak polecił mi tata. Otworzyłam drzwi od jego sypialni, a kiedy byłam już w środku rozebrałam się do bielizny, nadal nie włączając światła. Wyjęłam z szafki pierwszą koszulkę Justina, jaka wpadła w moje ręce, i założyłam ją na siebie, aby w nocy nie czuć się skrępowana w obecności taty. Szybko położyłam się na łóżku i okryłam kołdrą pod samą szyję, a kiedy przytuliłam twarz do poduszki, usłyszałam ciche kroki.
-To ty? - wyszeptałam, czując, jak niekontrolowanie moje ciało zaczyna się trząść.
-Tak, kochanie. Spokojnie. - odparł, nieco głośniej. Również pozbył się ubrań i w samych bokserkach położył się na łóżku, zaraz obok mnie. Dopiero kiedy objął mnie opiekuńczo ramieniem, poczułam się całkowicie bezpiecznie. Jakby jego dotyk i poczucie, że jest tak blisko mnie, zdjęło z mojego serca cały ciężar i stres. Wiedziałam, że mogę spać spokojnie i nie muszę obawiać się niczego.

***

-Czy ja dobrze rozumiem? Występowałaś wczoraj w klubie u Justina, niemal nago, tańcząc na rurze, i nic mi nie powiedziałaś!? - Austin zatrzymał się gwałtownie na szkolnym korytarzu, upuszczając na ziemię swój plecak. Niestety, swoim krzykiem zwrócił uwagę również kilku osób, przechodzących obok nas.
-Przestań się tak drzeć, idioto. Może wyda ci się to dziwne, ale nie chcę, żeby dowiedziała się o tym cała szkoła. - zirytowana, przewróciłam oczami i trzepnęłam bruneta w tył głowy.
-Przepraszam, ale nie mogę uwierzyć, że przegapiłem taką okazję. - sapnął, podnosząc w trakcie marszu plecak. - Jak mogłaś mnie nie zaprosić, gówniaro? - złapał między palce moją brodę i przybliżył swoją twarz do mojej, patrząc mi głęboko w oczy.
-Widocznie mogłam. - odpyskowałam z przekorą i szerokim uśmiechem na ustach.
-Chyba ci tego nie wybaczę. - chłopak musnął moje usta i przygryzł lekko moją dolną wargę, przez co jęknęłam cicho.
-I tak wiem, że mi wybaczysz. - zrobiłam to samo, co on, a chwilę później uciekłam na koniec szkolnego korytarza, aby nie mógł mnie dogonić.
Niestety, czego się prawdę mówiąc obawiałam, wpadłam na jednego z chłopaków, należących do szkolnej drużyny koszykówki. Wiecie, co mam na myśli. Wysocy, przystojni i ze świadomością, że każda dziewczyna wskoczy im do łóżka na skinięcie palcem. Nic bardziej mylnego.
-Proszę, proszę, kogo ja tu widzę. - zagwizdał, łapiąc mnie za skrawek bluzki, kiedy chciałam szybko go wyminąć. Zaraz po nim na korytarzu pojawiło się kilku innych kolesi, rownież z drużyny.
-Zabieraj te brudne łapy. - warknęłam, kiedy w dalszym ciągu nie puścił mojej koszulki. Nie miałam ochoty na żadne sprzeczki z tymi zarozumiałymi dupkami i chciałam jak nakszybciej odejść z tego miejsca.
-Nie tak szybko, laleczko. - tak, jak mówiłam, byli przekonani, że pozycja w drużynie dawała im wszelkie prawa. - Chcieliśmy ci tylko powiedzieć, że zajebiście wczoraj tyłeczkiem w klubie kręciłaś. No, no, nie podejrzewalibyśmy cię o takie zajęcie na samotne wieczory. - razem z kumplem przybił piątkę, a wszyscy spojrzeli na mnie.
-O czym ty mówisz? - doskonale wiedziałam, co miał na myśli, jednak liczyłam na to, że uda mi się jakoś wyplątać z tej kłopotliwej sytuacji. Nie chciałam, aby pół szkoły dowiedziało się o tym, co zrobiłam jeden, jedyny, pieprzony raz w całym swoim życiu.
-Nie udawaj takiego niewiniątka, za które wszyscy cię uważaliśmy. Pochwal się wszystkim, jak dobrze wychodzi ci taniec na rurze, w klubie nocnym. - celowo powiedział to na tyle głośno, aby mogli go usłyszeć wszyscy dookoła. Na korytarzu rozległy się szepty, pomruki i chichoty, a ja czułam się cholernie nieswojo, czując wzrok kilkudziesięciu osób na sobie.
-Spierdalaj od niej, Matt. - w mojej obronie, jako jedyny z resztą, stanął Austin. Nie chciałam jednak, aby wtrącał się w moje sprawy, ponieważ zadarcie z kapitanem drużyny równało się z brakiem szacunku od nich. Mi na tym nie zależało, lecz nie chciałam, aby brunet miał przeze mnie kłopoty. Już zbyt wiele razy ratował mi tyłek.
-Austin, wiedziałeś, że spotykasz się z dziwką? Powiedziała ci o tym? - chłopaki bardzo dobrze się znali, ponieważ od kilku lat chodzili do jednej klasy. Nigdy jednak specjalnie za sobą nie przepadali.
-Nigdy więcej jej tak nie nazywaj, śmieciu. - warknął, w zdecydowanie zbyt szybkim tępie zbliżając się do Matt'a. Nie mogłam pozwolić, aby zaczęli się teraz bić, dlatego stanęłam pomiędzy nimi i złapałam Austina za koszulkę.
-Nie warto. - wyszeptałam, starając się uchwycić swoim spojrzeniem jego. On jednak przez cały czas wpatrywał się ze wsciekłością w chłopaka za mną i miałam wrażenie, że nie zamierzał przestać.
-Przecież jest zwykłą dziwką. Pewnie daje dupy każdemu, kto włoży jej za majtki kilka banknotów. - zaśmiał się podle, a mnie zrobiło się aż niedobrze, słysząc ton jego głosu. Brzmiał bowiem w tym momencie, jak stary zboczeniec, czekający na swoją ofiarę.
-Jesteś tego taki pewien? - na moich ustach pojawił się uśmiech, kiedy usłyszałam za plecami dobrze znany mi głos. Głos, który zwiastował rozwiązanie moich problemów.
Odwrócilam się więc przodem do Zayna, który podszedł do mnie i roztrzepał moje włosy. Zaraz obok niego, również pewnym krokiem, szedł Jake. Przechodząc obok mnie, puścił do mnie oczko.
Oboj stanęli przede mną i wyglądali w tym momencie, jak moi ochroniarze, których zadaniem było nie dopuścić do mnie tych przygłupów, uważających się za panów świata, a jedyne, czym rządzili, to boisko.
Wtedy, moje przemyślenia przerwał głośny ryk silnika motoru. Tak, jak wszyscy, odwróciłam się w stronę parkingu, na którym zaparkował czarno zielony, dobrze mi znany motor, należący do Justina. Mężczyzna zszedł z niego i, jak to miał w zwyczaju, poprawił swoje spodnie w kroczu. Ukradkiem zerknęłam na dziewczyny, stojące obok mnie. To obrzydliwe, że śliniły się na sam jego widok i oddałyby wszystko, aby Justin je przeleciał. Nie szanowały siebie, a on to wykorzystywał, co również było okropne.
W międzyczasie, mężczyzna zdjął z głowy kask i zawiesił go na kierownicy, a następnie, przeczesując palcami włosy, zaczął iść w stronę korytarza, połączonego z dworem, na którym rozgrywała się cała ta nieprzyjemna sytuacja.
-Cześć, słonko. - pierwsze, co zrobił, to podszedł do mnie i pocałował w czoło.
-Cześć, tatusiu. - mój głos natychmiastowo zmienił się przy nim i nie przypominał już bezczelnej Jazzy sprzed paru chwil, tylko małą dziewczynkę, która samym spojrzeniem przekonywała do siebie ludzi.
-Justin, jeśli dobrze słyszałem, ten chłoptaś wyzwał małą od dziwek. - Zayn, nie obracając się nawet przodem do nas, powiedział bardzo spokojnym i opanowanym głosem. Przysięgam, że przez moment poczułam nawet dreszcze i gęsią skórkę.
-Naprawdę? - szatyn umyślnie przeciągnął ten jeden wyraz i wysunął się przed swojego przyjaciela. Już teraz wiedziałam, że mogę zacząć uśmiechać się zwycięsko. Kiedy w grę wkraczał Justin, wygrana leżała po mojej stronie. ZAWSZE. - Więc mam nadzieję, że źle słyszałeś, Zayn, bo jeśli to faktycznie by się potwierdziło, musiałbym zrobić chłopczykowi krzywdę, a tego nie chce chyba żaden z nas, prawda? - jego głos przesiąknięty był jadem, kpiną i ironią, lecz tylko osoby z najbliższego otoczenia Justina wiedziały, że wbrew pozorom gotuje się teraz ze wściekłości i naprawdę niewiele brakuje do jego wybuchu.
Nie dając nawet odpowiedzieć Mattowi, zamachnął się mocno i uderzył blondyna w brzuch, a ten ugiął się gwałtownie, wydając z siebie coś w rodzaju jęku. Podskoczyłam mimowolnie w miejscu. Nie było codziennością to, że ojciec jednej z uczennic przychodzi do szkoły i, zachowując się tak, jakby był w klubie, na imprezie, atakuje innego ucznia. To troszeczkę straszne, ale Justin właśnie taki był. Nie pozwalał nikomu powiedzieć na mnie złego słowa i, cóż, kochałam go za to.
-Jeszcze raz tak o niej powiesz, a obiecuję, że powybijam ci wszystkie zęby, które masz w tej swojej niewyparzonej mordzie. - warknął wściekle i, po kolejnym uderzeniu, puścił jego ciało, sprawiając, że chłopak osunął się na podłogę.
Wszyscy dookoła ze strachem wpatrywali się w mojego tatę, a ja poczułam nieodpartą chęć wypięcia się dumnie i przyklejenia do twarzy zwycięskiego uśmiechu.
Mój chłopiec.
-Spadamy, Jazzy. - mruknął do mnie przelotnie, więc ja jedynie szybko pocałowałam Austina w policzek na pożegnanie i pobiegłam za Justinem i dwójką jego znajomych.
Niestety, los chciał, że na dworze nie zauważyłam dziury, a właściwie długiej szczeliny, przykrytej szczelnie liśćmi i patykami. Kiedy jednak postawiłam w tym miejscu stopę, całe poszycie zarwało się, a moja kostka wydała z siebie dziwny i cholernie bolesny dźwięk.
-Kurwa. - warknęłam. Nie mogłam wytrzymać z bólu, więc na moment usiadłam na chodniku i powoli wyjęłam stopę ze szczeliny. Nawet najlżejszy dotyk cholernie bolał, a ja niemal nie mogłam się stąd ruszyć.
-Co się stało, mała? - już po chwili pojawił się przy mnie Justin. Ukucnął, aby być mniej więcej na tym samym poziomie, co ja, i spojrzał na moją nogę.
-Musiałam się potknąć o tę głupią dziurę i teraz cholernie boli mnie kostka. - wymamrotałam z wyraźnym grymasem na twarzy, a kiedy chciałam ponowić próby wstania z ziemi, jęknęłam głośno, czując ból, promieniujący wręcz na całą nogę.
-Poczekaj, pomogę ci. - szatyn delikatnie złapał mnie w talii i postawił na ziemi, a ja zgięłam w kolanie obolałą nogę, aby nie dotykała ona podłoża. Wsparłam się na ramieniu mężczyzny i z lekkim trudem doszłam do motoru, zaparkowanego parę metrów dalej od miejsca nieszczęślowego wypadku mojej stopy.

Justin zatrzymał się przed dużym budynkiem szpitalnym, pomimo mojej zdecydowanej niechęci do tego miejsca. Nie myślcie, że boję się szpitali, lekarzy, białych fartuchów i zastrzyków. Nie. Po prostu nie chcę spędzić reszty dnia w tym miejscu, a to było chyba zrozumiałe, prawda?
-Naprawdę musimy tam iść? Poleżę trochę i przestanie mnie boleć, zobaczysz. - jęknęłam, kiedy tata wziął mnie na ręce, niemal ignorując moje słowa.
-Tak, musimy tutaj iść. Niech lekarz zobaczy, co sobie zrobiłaś. - odparł, wyraźnie zirytowany moim ciągłym gadaniem i przekonywaniem go, że nie potrzebuję żadnego lekarza.
Wymamrotałam jedynie pod nosem kilka przekleństw, ponieważ nic innego nie mogłam zrobić. Pozwoliłam, aby Justin wniósł mnie do szpitala i posadził na jednym z krzesełek w poczekalni, a sam podszedł do rejestracji. Obserwowałam, jak przez chwilę rozmawiał z młodą pielęgniarką. W międzyczasie zaśmiał się pod nosem, a ona spuściła głowę, zawstydzona, przysłaniając twarz włosami.
Cały Justin.
Po chwili jednak wrócił do mnie i usiadł na wolnym miejscu obok. Posłałam mu pytające i lekko zniecierpliwone spojrzenie. Chciałam wiedzieć, ile czasu będę musiała tutaj spędzić i jaki przyniesie to efekt. Zapewne, lekarz, jak to lekarz, pogada kilka minut, pouczy mnie i puści do domu. Podsumowując, nie da to żadngo efektu i nie pomoże mojej obolałej stopie.
-Zaraz ktoś po nas wyjdzie. - odparł, opierając się o oparcie krzesła. Kiedy przymknął powieki, spojrzałam w jego stronę i zmierzyłam go wzrokiem. Niemal od razu rzuciła mi się w oczy spora malinka na jego szyi. Przewróciłam oczami, lekko rozdrażniona. Prawdę mówiąc, chciałabym, aby tata chociaż odrobinę się zmienił. Nie powiem mu oczywiście o tym, ale nie podobały mi się te jego skoki w bok, co noc inna panienka. Wiem, że taki był jego charakter i ja tego nie zmienię, ale czasem mógłby zachowywać się bardziej odpowiedzialnie.
-Jeszcze wczoraj tego nie miałeś. - przejechałam opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu, a mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na mnie ukradkiem.
-Masz zamiar rozliczać mnie z każdej laski, którą zaliczyłem? - wzdrygnęłam się lekko przez ton jego głosu. Nigdy nie zwracał się do mnie tak oschle. No, a przynajmniej bardzo rzadko.
-Mógłbyś być chociaż trochę milszy, a nie wyżywasz się na mnie. - mruknęłam pod nosem, zakładając ręce na piersi.
-Będę mówił tak, jak mi się to podoba, a ty nie będziesz mnie pouczać, gówniaro. - i znowu szok. Nie powiedział tego w żartach, czyli tak, jak zawsze. Powiedział to całkowicie poważnie, a wzdłuż mojego kręgosłupa przeszła fala niepzyjemnych dreszczy. O co mu chodzi?
-Co się stało? - spytałam łagodnie, wiedząc, że nie ma sensu podnoszenie głosu. Nie wyciągnęłabym z niego nic takim sposobem. Z drugiej strony wiedziałam, że coś musi być na rzeczy, skoro tak się do mnie zwracał. To... bolało.
-Przestań się wszystkim interesować, Jazmyn. - używał mojego pełnego imienia tylko wtedy, kiedy był zły. Mogło to oznaczać tylko jedno. Po prostu, był zły. Jednak, dlaczego? - W ogóle, ile będziemy tu jeszcze czekać. Nie uśmiecha mi się spędzanie wolnego popołudnia w szpitalu i czekanie tutaj z tobą. - tym ostatecznie wbił nóż w moje serce. W moich oczach zebrały się łzy, które strumieniami zaczęły spływać po moich policzkach. Poczułam się, jak śmieć i jakbym była dla niego ciężarem. A może w rzeczywistości właśnie tak jest i zdobył się na odwagę, aby powiedzieć mi o tym teraz?
-Ja cię o nic, kurwa, nie prosiłam i skoro tak bardzo ci przeszkadzam, trzeba było oddać mnie do domu dziecka, a nie robić łaskę, opiekując się mną. - wydukałam przez łzy, po czym wstałam gwałtownie z krzesełka, ignorując cholerny ból w prawej stopie.
Z trudem wyszłam ze szpitala, ignorując krzyki i wołania Justina. Nie chciałam z nim rozmawiać. Nie chciałam nawet na niego patrzeć. Jego słowa tak cholernie mnie zabolały. Cały czas płakałam i nie potrafiłam tego zatrzymać. Czyli rzeczywiście byłam dla niego ciężarem, problemem, który przez wpadkę pojawił się w jego życiu i teraz burzył jego idealny świat. Świat, w którym na pierwszym miejscu stawiał seks, alkohol, pieniądze. Nie macie nawet pojęcia, jak to cholernie bolało.
-Jazzy, co się stało? - nie zauważyłam nawe, kiedy, po dwóch moich stronach pojawił się Zayn i Jake. Z nimi również nie chciałam rozmawiać. Nie chciałam rozmawiać z nikim.
-Nic, dajcie mi spokój. - wychlipałam, ocierając łzy rękawem, kiedy zaczęły utrudniać mi widok. Dodatkowo, kostka zaczynała mnie boleć coraz mocniej i ptaktycznie w każdym momencie mogłam się przewrócić. - Chociaż właściwie, moglibyście odwieźć mnie do domu? - spytałam cicho, patrząc na nich ze łzami w oczach. Wiedziałam, że te małe kropelki słonej cieczy zmiękczą im serca i zgodzą się bez większego problemu.
-Oczywiście. - odparł Zayn i złapał mnie ostrożnie w talii, aby pomóc mi dojść do jego samochodu.
Po chwili zajęłam miejsce na tylnych siedzeniach i przypięłam się pasem, opierając głowę o szybę. W moim umyśle cały czas uporczywie pulsowały słowa Justina, a kiedy tylko widziałam jego złość oczami wyobraźni, po moich policzkach spływało coraz więcej łez.
-Jazzy, powiesz nam, co się stało? - minęło dobre kilka minut, kiedy Jake po raz kolejny zabrał głos. W tym samym czasie, wyciągnął w moją stronę paczkę chusteczek higienicznych, więc wyjęłam ze środka jedną i otarłam nią mokre policzki.
-Nie chcę rozmawiać, zrozumcie to. Po prostu dowiedziałam się, że jestem dla taty ciężarem i problemem, którego ma dosyć. - wyszeptałam, mając ogromną nadzieję, że mężczyźni jednak tego nie usłyszeli. Niestety, słyszeli bardzo wyraźnie.
-Co ty mówisz? Przecież wiesz, że jesteś dla niego najważniejsza i że wszystko by dla ciebie zrobił. Nie wiem, jak mogło przejść ci chociaż przez myśl, że jesteś dla niego problemem. Justin... - Zayn mówił dalej, ale ja, w momencie, kiedy zamknęłam oczy, zupełnie przestałam go słuchać. Może nie chciałam, może nie potrafiłam. Sama nie wiem. Potrzebowałam po prostu ciszy.
Kiedy tylko samochód zatrzymał się pod moim domem, wysiadłam z niego, rzucając w kierunku chłopaków ciche "dziękuję". Chciałam jak najszybciej zostać sama, aby móc to wszystko poukładać w swojej głowie. W dalszym ciągu plakałam, a chusteczka, którą dostałam od Jake'a, całkowicie przemokła. Drżącą ręką otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do środka. Przeklęłam głośno, kiedy omal nie potknęłam się o mały przedmiot, leżący na ziemi, a kiedy spojrzałam w dół, zamarłam. Nie, nie zobaczyłam tam nic strasznego. Po prostu na podłodze w przedpokoju, w dalszym ciągu leżała laleczka Barbie, bez nogi. Spojrzałam, najpierw na zabawkę, a później na swoją stopę i przełnęłam głośno ślinę.
Przypadek?
Nie sądzę...

~*~

Rozdział taki tego, nie wiem, jak go skomentować ;D Znów jest szybko i przez toboję się, że później nie nadążę z pisaniem ;o
CZYTASZ=KOMENTUJESZ
ask.fm/Paulaaa962

27 komentarzy

  1. To takie zajebiste, ze tak szybko dodajesz rozdziały! ;D
    Co do tego rozdziału - genialny. Cos czułam, ze ktos sie dowie o tym i sie rozniesie to, ze tańczyła w klubie, ale zachowanie Justina i ta laleczka... No cholera! Nie mam pojęcia, co w Justina wstąpiło -.-
    A ta lalka, to nie mam pojecia, kto zrobił. Moze ten klient z klubu, ktorego wyrzucili? Albo Ci chlopacy ze szkoły? Nie wiem ;_;
    Czekam na nn!

    OdpowiedzUsuń
  2. ;( on czasem moglby pochamowac ta swoja gebe

    OdpowiedzUsuń
  3. Normalnie sama prawie się popłakała ;(. Jak on mógł takie coś jej powiedzieć? Normalnie szok. Co do rozdziału, to jest GENIALNY. Jak zawsze, z resztą ;D. Czekam necierpliwie na nn ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebisty rozdział, jak zawsze. Piszesz niesamowicie dobrze, już nie mogę się doczekać nexta.

    OdpowiedzUsuń
  5. Omg, Justin ty dupku! Szkoda mi Jazzy :c
    Ale rozdział świetny :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny rozdział. Uwielbiam to opowiadanie!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. O co chodziło temu dupkowi Justinowi? -.- wkurzył mnie swoim zachowaniem! Nie powinien tak traktować Jazzy! :/ nadal przeraża mnie ta lalka :o do następnego ♡♡

    OdpowiedzUsuń
  8. BOSH !!! co tu się stało !! Justin ty dupka kurwa chyba ci przyjebie -_-
    yhh szkoda mi Jazzy :( Smutam ^^
    Kto tą laleczke podrzucił o.O?
    oo Austin słodki ^^ ale i tak najgorsze jest to co wstąpiło w Justina !!! kurwa... chyba mu się w główce po przewracało :x

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem zła na Justina za to, jak się zachował! No bo jak on tak mógł? To jest jego córka, na dodatek nie zrobiła nic złego a ten się na niej wyżywa!
    Czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Biedna Jazzy.. Kto może jej grozić? A Justin? Co on sobie wyobraża? Jego córce grozi niebezpieczeństwo a on ją jeszcze dobija takim zachowaniem. Eh.. Rozdział świetny kochana jak zawsze <3.

    OdpowiedzUsuń
  11. o moj booze. zajebisty rozdzial miska <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Błagam, błagam, błagam! Dodaj kolejny! Jest to jeden z najlepszych rozdziałów! ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Omg *.* idealny

    OdpowiedzUsuń
  14. Kocham Cię i to co dla nas robisz ❤❤❤❤❤❤/LK

    OdpowiedzUsuń
  15. Jejuu...jak mi sie jej szkoda zrobilo:(((

    OdpowiedzUsuń
  16. Świetny, tylko trochę mi się szkoda zrobiło Jazzy, no bo z jednej strony Justin jest dla niej taki opiekuńczy i wgl, a z drugiej warczy na nią. Może po prostu nie chce już, aby Jazzy się aż tak mocno wtrącała do jego życia?
    Czekam z niecierpliwością na następny, weny kochana :*

    OdpowiedzUsuń
  17. SUPER ! ! ! CZEKAM NA NEXT ! ! ! :-)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak zawsze super! Szkoda mi Jazzy ale mam nadzieję że Justin przeprosi i wszystko się ułoży..czekam na nastepny

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak Justin mógł jej tak powiedzieć.:/ I jeszcze na ta lalka. Biedna Jazzy.:c
    Świetny rozdział.
    Czekam na nn.:3

    OdpowiedzUsuń
  20. O Boże ;o wszystko zaczyna układać się w idealną całość... Jazzy, jej noga i ta laleczka, ale co to wszystko ma oznaczać? Czyżby ktoś faktycznie chciał się jej pozbyć? Jeśli tak, to dlaczego? Dręczy mnie tyle pytań... A co do Justina... Najpierw przyjeżdża do szkoły Jazzy i ją broni l, a potem nagle taka odmiana w tym szpitalu? Co mu się stało, że powiedział coś tak okropnego i tym samym zrani Jazzy? Nie przeszło mu przez myśl, że jego słowa ją zabolą? Cóż, zachował się jak idiota... Gdzie podział się ten troskliwy, opiekuńczy tatuś Justin, który tak dba o swoją malutką córeczkę, którą niezmiernie kocha? Mam nadzieję, że niedługo wyjaśni się jego dziwne zachowanie i że przeprosi Jazzy :) Czekam na następny, pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie rozumiem Justina -.- Jak on się wgl zachowuje? Czekam na nn x

    OdpowiedzUsuń
  22. Zachowanie Justina jest jakieś podejrzane, przecież Jazzy jest dla niego wszystkim, czemu tak źle się do niej odzywał ? I tak ja też uważam że to nie jest przypadek, ze jej się cos w nogę stało ;/

    OdpowiedzUsuń
  23. Okey, łzy stanęły mi w oczach gdy Justin tak się do niej odezwał, idk. Mam nadzieję, że to wszystko się wyjaśni i tatusiek przeprosi Jazzy. Mam nadzieję też, że rozdział pojawi się szybko bo cóż jestem strasznie ciekawa o co chodzi Justinowi...

    OdpowiedzUsuń